piątek, 01 stycznia 2010
Powitania, pożegnania
Witamy Nowy Rok :)
Wszystkiego Najlepszego!!!!

Żegnamy się z bloxową jasmeen, żegnamy się z "domkamiipotomkami".

Od dziś zapraszam oficjalnie tutaj:


http://nowajasmeen.blogspot.com/

Mnie tam lepiej, mam nadzieję, że i Wam się będzie podobało :)


piątek, 18 grudnia 2009
Znieczulica?
Byłam wczoraj werbalnie wredna dla biednego chłopaczka. Nie bezpośrednio w jego kierunku, ale skomentowałam jego postawę do Osoby Towarzyszącej, zyskując tym komentarzem miano: "Znieczulicy Roku".
I coś w tym jest. Tak, w pewnym sensie jestem znieczulona na ludzi.
Wspomniana sytuacja w szczegółach wyglądała tak:
Chodzimy po Centrum Handlowym, rozglądamy się za prezentami, jak większość spacerujących. Pod ścianą stoi w niedbałej pozie chłopaczyna, lat - na oko 15, w stroju nieco odbiegającym swym stylem od reszty bywalców - krótko mówiąc - biednie odziany. Stoi i do każdego przechodzącego zagaduje: "dałby pan parę groszy, w domu nie ma co jeść".
Minęliśmy go i nie powstrzymałam się od rzucenia w przestrzeń złośliwej uwagi: "do roboty chłopaku!".
I nadal myślę, że miałam prawo.
Po pierwsze - z powodu tej jego niechlujnej postawy. "Ot, stanę sobie w tym Centrum dla Bogaczy, na pewno parę groszy wpadnie".
Po drugie - z powodu szacunku do Kolegów tego chłopaka, z których jeden, dziesięcioletni, pracuje po lekcjach na parkingu, odwożąc wózki i myjąc szyby samochodowe, drugi, czternastoletni - kosi trawniki, grabi liście i odśnieża chodniki.
Ja wiem, że dzieci nie powinny pracować i mieć zapewnione wszystko przez rodziców.
Ale jeśli widać, że rodzice się nie sprawdzają, to lepiej niech - jeden z drugim - wyciąga łapę od małego, czy uczy się uczciwej zaradności?

No trudno, może rzeczywiście jestem nieczułą zołzą.
czwartek, 17 grudnia 2009
Porządkowanie blogo-świata
W ramach przedprzeprowadzkowych porządków, przejrzałam swoje szkice i...w pierwszym - zupełnie wstępnym - odruchu - wywaliłam dwie strony tychże, z powodu przeterminowania.
Jak to człowiek czasem ma ochotę o błahostkach pisać.....O sprawkach, które po kilku miesiącach kompletnie tracą ważność - na tyle, że nie ma nawet o czym wspominać.
A może właśnie przez to, że człowiek o nich napisać zdąży, stają się one ważniejsze? Może kiedyś taka duperelka, którą właśnie wykasowałam, wywołałaby uśmiech na mojej twarzy, pooranej zmarszczkami? Ileż takich drobiażdżków mi umknęło, z dotychczasowego - przedblogowego życia?
środa, 16 grudnia 2009
punkt widzenia zależy....
...od punktu miejsca pracy ;)

Poszłam dziś do sklepu spożywczego. Nowego. I spotkałam Panią Sprzedawczynię. Starą (nie w sensie wieku, tylko w sensie mojej z nią znajomości).

I otóż jej nie poznałam.
Dlaczego?

Bo była zupełnie inną osobą niż ta, którą znałam z poprzedniego sklepu.

Pani Sprzedawczyni zapadła mi w pamięć, ponieważ była zawsze wyjątkowo ponura w czasie pracy. Przy czym ponurość ta przejawiała się zarówno w jej wyrazie twarzy, jak i w kroju ubrania, fryzurze a nawet kolorze włosów. Była poszarzała, nijaka, umęczona i niezadowolona, co kontrastowało z jej młodością metrykalną.

Dziś zobaczyłam osobę  pełną życia, energiczną, żartującą i śmiejącą się, młodszą od tamtej o jakieś sto lat.

Jak to jednak ma znaczenie atmosfera w pracy....
jasmeenowo
Tego szukajcie, jeśliście ciekawi przed oficjalnym otwarciem, wraz z noworocznymi toastami :)

Póki co - będę tu i tam, tam i tu.

Nie lubię zmian, straszliwie ich nie lubię. Bo gdybym lubiła, już dawno by mnie tu nie było.

Dwa lata to szmat czasu.....Tu nauczyłam się korzystania z różnych blogowych sztuczek. Ale też o jeden raz za dużo zawiodłam się na technice. Szkoda mojego czasu i nerwów na takie przeżycia.

Teraz tylko zastanawiam się, jak zostanie rozwiązana sprawa blogów zamkniętych? Czy jako nowa-ja będę miała nadal do nich wstęp z nowego bloga? No cóż, najwyżej będę prosić o nowe kluczyki :)

poniedziałek, 14 grudnia 2009
rozważam ucieczkę....
...na blogspota
trzyma mnie tu przyzwyczajenie oraz strach przed nowym...

...ale jeśli moja irytacja jeszcze kilka razy tak niebezpiecznie wzrośnie, ucieknę jak nic!
22:19, jasmeen
Link Komentarze (1) »
Pstryk! - nie ma!
Właśnie prawie opublikowałam pełen jadu i rozpaczy wpis.
Prawie.

Był długi i wypracowany.

Ale już go nie ma.

Godzina pisania wyleciała w kosmos, wraz z kliknięciem przycisku: "zapisz".

I to jest właśnie niedogodność pisania w necie. Na kartce nie byłoby tego typu dylematów: co napisane, to jest i nie zniknie, ot - tak, od zwykłego pstryknięcia.

Zła jestem jak pies. Drugi raz tego tak nie napiszę. Że nie wspomnę o tym, że żal mi straconego czasu.
sobota, 12 grudnia 2009
Świńska?
Świńska czy nie świńska, czuję się podle.
Na nic zdała się samicza dzielność w wykonywaniu obowiązków domowych, mimo przeziębieniowych objawów, na nic zdała się siła sugestii, która pozwoliła mi wstać z łóżka po jednym dniu zalegania, na nic zdała się radość, że tym razem katar mnie ominął: wszystko czekało, żeby zapewnić mi miły i pełen atrakcji weekend.

Mam więc od wczoraj katar - tak jak lubię. Mam duszący, napadowy kaszel. I ból głowy też mam, w pakiecie.

Byłam wczoraj - mimo wszystko - na bardzo udanym klasowo- ogólniakowym spotkaniu. Mam nadzieję, że nie zaraziłam wszystkich uczestników, powstrzymywałam się(i innych) od żywiołowych powitań. Poszłam nań, bo PRZECIEŻ JUŻ BYŁAM PRAWIE ZDROWA. Cieszę się, moja droga - świńska lub nieświńska - że pozwoliłaś mi na spotkanie z moimi koleżankami (i dwoma kolegami) przed ostatecznym zabraniem mnie z tego łez padołu.

A teraz żegnam się z czytelnikami.
Gdybym się tu więcej nie pojawiła, znaczy: katar mnie pochłonął. I uroczyście oświadczam: nie jestem obciążona żadnymi innymi chorobami. Jeśli TO mnie zabije, można śmiało mówić, że TO był tylko katar.
środa, 09 grudnia 2009
Nakryta...
Wiedziałam, że zabawa w kotka i myszkę długo nie potrwa...
Gryzelda mnie nakryła na tym blogu. Nie tyle nawet nakryła, bo znała od dawna tytuł bloga. Po prostu wpisała w bloxową wyszukiwarkę....i wyskoczyło wszystko to, co nie ukryte....

I tak się waham: otworzyć na stałe? czy zamknąć na stałe?

Póki co - zamykam.
Pan kotek był chory...
...i zaległ w łóżeczku....
A przynajmniej bardzo starał się legnąć.
Dlaczego panu kotkowi to nie wyszło? Bo to była SAMICA!

A SAMICA przecież musi, ma obowiązki, nie powinna, świat się bez niej zawali, chociaż na co dzień zupełnie tego nie widać.....

Pierwszego wieczora jasmeen pozwolono zalegać.
Drugiego ranka też pozwolono nie wyłazić z łóżka cały dzień, aczkolwiek pojawiły się KOMPLIKACJE: SAMIEC również poczuł się gorzej (dlaczego, ach dlaczego tak jest zawsze????). Leżała więc jasmeen w towarzystwie swego małżonka, póki dzieci w szkole były. Na zmianę robili sobie herbatki. Potem trzeba było jednak coś zapodać do zjedzenia. Niestetyż: lodówka świeciła pustkami - sama z siebie się wszelako nie napełnia. Szczęśliwie pomogła ulubiona pizzeria - młodzież z głodu nie pomarła, Jonatan zadowolił się suchą kiełbasą (mąka mu szkodzi, żeby SAMICY było łatwiej). Wieczorem jasmeen nie zdzierżyła świadomości, że mąż jej tylko o kiełbasie przez cały dzień, przyrządziła więc sałatkę.
Wieczór spędzili nadal w łóżku, przy dobrym filmie.
Trzeciego dnia nastał czas najwyższy na zakończenie choroby: Jonatan wyjechał na delegację. Jasmeen musiała więc powstać i ogarnąć domowe pielesze, rozwożenie na pozalekcyjne zajęcia Potomków oraz działkę służbową. Póki co - trzyma się dzielnie. Już nawet PRAWIE nie kaszle. Ot, siła sugestii...


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22